Felieton: „Nie ma dymu bez ognia”

DCS_1941

Wspominałem ostatnio znajomego, z którym swojego czasu spotykaliśmy się w miejscu gdzie dom nasz czyli na al. Unii 2. Był to jeden z pierwszych moich kompanów w przygodzie kibicowskiej. Nasze spotkania to już historia bowiem znajomy jest na stałej emigracji i niestety odpuścił kwestię kibicowania. Wspomniałem go bo szperając w nieprzebranych odmętach internetu natrafiłem na filmy z meczów Łódzkiego Klubu Sportowego, na których byliśmy i dopingowaliśmy naszą ukochaną drużynę. To były stare dobre czasy jak to się zwykle mówi. Czasy podstawówki,  gimnazjum i liceum potem studia i zawsze na al. Unii 2. Miłe to były wspomnienia podczas oglądania tych filmów bowiem wróciłem do momentu pierwszego, dziewiczego odpalenia racy.

Sam już dobrze nie pamiętam, jaki to był mecz, na którym odpaliłem tą pierwszą w życiu racę. Radość z odkrycia takiej zabawki była niezmierzona i do dziś jest czymś co budzi zadowolenie i przyspiesza puls. Co ciekawe jako małolaci nie byliśmy obeznani ze sztuczkami pirotechnicznymi więc ten pierwszy raz wyglądał zabawnie. Najpierw wokół nas kilka osób czekało z przygotowanymi do odpalenia wtedy dziwnymi sprzętami a potem ktoś dał nam po jednym takim przedmiocie przypominającym wyglądem dużego markera. Minęła chwilka i już wiedzieliśmy co do czego służy. Szybki instruktaż starszego kolegi po szalu i na podany sygnał wyciągnęliśmy zawleczki. To co stało się potem zapadło mi w pamięć na zawsze. Mnóstwo rac rozświetliło Galerę i zapłonęła ona żywym ogniem a dodatkowo na hasło prowadzącego rozległ się głośny i intensywny doping (kto bywał w tamtych czasach na starej dobrej Galerze, ten wie o czym mowa). Wrażenie dla małolata – bezcenne. Bilans po tym meczu wynosił: zwycięstwo ukochanej drużyny, nowe jakże ważne doświadczenie, nieopisana frajda po debiucie ze świecącym markerem (jak potem przez jakiś czas żartowaliśmy w swoim gronie), wniosek, że szalik przydaje się też jako maska ochronna i dwie dziury w ulubionej bluzie Lonsdale :).

Przyznam Wam się do czegoś – kiedyś nawet raz mi się zdarzyło za dzieciaka zwinąć jedną z rac z meczu i w jej blasku przy ogólnej radości znajomych sławić na całe gardło chwałę Łódzkiego KS-u w okolicy garaży na Rokiciu, po którymś wygranym meczu.

Potem to już poszło jak z płatka, Panie a jakże. Kiedy tylko była taka sposobność to łapałem za racę i krzyczałem aż do zdarcia gardła: ŁKS, ŁKS, ŁKS! Wiadoma rzecz – nie na każdym meczu był doping z pirotechniką ale bywały takie gdzie wsparta śpiewem tysięcy gardeł dawała efekt wspaniałego widowiska jak choćby dla mnie pamiętny mecz z Cracovią datowany na 8.XI.2003. Pamiętny bowiem to początki mojego aktywnego kibicowania. A sam mecz był na najwyższym poziomie ultras . Dobry doping na jaki wtedy było nas stać, świetna oprawa, bodajże komplet widzów – no i wspaniałe racowisko obejmujące niczym płonąca rama obraz tętniącej miłością do „Rycerzy Wiosny” Galery.

Wszystkie kolejne mecze na jakich bywałem, gdzie pojawiały się race zawsze wzbudzały we mnie dreszczyk emocji. Szkoda tylko, że smutni panowie wraz z decydentami na niewygodnych stołkach zabierają ludziom igrzyska. Wszak niczego innego nie chcemy tylko chleba i igrzysk. I choć wiem, że to pobożne życzenie prostego kibica to apeluję z tego miejsca o opamiętanie się i przemyślenie sprawy.

Ergo: 15 000 kandeli w ręku (tyle jednostek światłości ma podstawowa raca morska) daje radochę jakich mało. Obyśmy częściej mogli oglądać oprawy wsparte ogniem rac bo przecież „nie ma dymu bez ognia” ;).

TeoOlek

©ŁKSFANS.PL