Jesień w III lidze nasza! Podsumowanie subiektywne

32

Trenerzy i piłkarze Łódzkiego Klubu Sportowego zrobili wiele, abyśmy zimową przerwę w rozgrywkach spędzili w doskonałych humorach. ŁKS był jesienią efektywny, a niekiedy także efektowny i dlatego przewodzi tabeli trzeciej ligi. A chociaż do realizacji pierwszego celu wciąż droga daleka, w przyszłość spoglądać możemy z umiarkowanym optymizmem.

Szlachectwo zobowiązuje, a miejsce ŁKS-u (z szacunkiem dla wszystkich trzecioligowych rywali) jest w najwyższej lidze, niemniej przed rozpoczęciem sezonu niewielu podejrzewało, że zespół pod wodzą trenera Marcina Pyrdoła zdobędzie mistrzostwo jesieni trzeciej ligi w tak dobrym stylu.
Poniżej kilka subiektywnych (a może i w gruncie rzeczy banalnych) wniosków po zakończonej i niezwykle udanej dla „Rycerzy Wiosny” pierwszej części sezonu. Będę słodzić, wszakże po tak solidnie wykonanej robocie, szkoleniowcom i piłkarzom należy się kilka ciepłych słów.

Strategia
Jako się rzekło ŁKS ma aspiracje wrócić tam gdzie jego miejsce, czyli do elity, aby jednak cel ten nie pozostał jedynie pobożnym życzeniem kibiców najstarszego łódzkiego klubu należy uzbroić się w cierpliwość i z pokorą małymi kroczkami wspinać się mozolnie po drabinie hierarchii polskiego futbolu.

Tym razem włodarze klubu zrezygnowali z rewolucji na rzecz stabilizacji. ŁKS już wiosną zaprezentował w kilku meczach niezły trzecioligowy poziom, niestety największą bolączką zespołu z al. Unii Lubelskiej 2 były wahania formy. Cóż więc z tego, że łodzianie pokonali Polonię Warszawa a wcześniej zanotowali rekordowe zwycięstwo (9-1 z Wartą Działoszyn), skoro świetne mecze przeplatali bardzo słabymi, a te ostatnie zazwyczaj kończyły się porażkami, bywało że nawet z outsiderami.

Czy to efekt przemyślanej strategii czy też przede wszystkim pracy szkoleniowców, a być może obu powyższych, w każdym razie szkielet drużyny z wiosny odegrał jesienią kluczową rolę, a nowe twarze na czele z Jewhenem Radionowem i sprowadzonymi latem młodzieżowcami wniosły do zgrywającego się od początku roku kolektywu sporo piłkarskiej jakości. I to zaprocentowało.

Na wyjazdach – efektywni
Niektórzy kibice narzekają, że ŁKS na własnym boisku i ten z meczów wyjazdowych to dwa zupełnie inne zespoły. I coś w tym rzeczywiście jest, bo ełkaesiacy wciąż sprawiają wrażenie (a może to tylko wrażenie?) drużyny, która na „gościnnych występach” nie czuje się tak pewnie jak na swoim stadionie.

Sęk w tym, że pomimo, iż ŁKS na obcych boiskach raczej nie rzucał na kolanach swoją grą, punkty skrupulatnie gromadził. O ostatnim wyjazdowym meczu z imiennikiem z Łomży chcemy jak najszybciej zapomnieć, z drugiej strony nie sposób nie odnieść wrażenia, że w zeszłym sezonie podobne spotkanie w Łomży, ale i w Tomaszowie Mazowieckim, Ełku czy Łowiczu biało-czerwono-biali kończyliby bez punktowej zdobyczy.

Nie dajmy się zatem zwariować, cztery zwycięstwa (plus jeden walkower) i trzy remisy to wynik bardziej niż przyzwoity. Oczywiście to, że ŁKS zdobył w delegacjach (nie wliczamy walkowera z Huraganem Wołomin) jedynie pięć goli (mniej strzelili jedynie: Ruch Wysokie Mazowieckie i Motor Lubawa) napawać powinno obawą, ale warto również zauważyć, że w tych meczach łodzianie stracili tylko jedną bramkę!
Byli więc podopieczni trenera Marcina Pyrdoła na obcych boiskach efektywni do bólu, pamiętajmy jednak, że wiosną poprzeczka zostanie ustawiona znacznie wyżej, a naszych piłkarzy czekają trudne spotkania, między innymi z wiceliderem z Nowego Miasta Lubawskiego, Widzewem, rezerwami Legii czy Ursusem.

U siebie – efektywni i efektowni
Twierdza przy al. Unii Lubelskiej 2 nie tylko nie została jesienią zdobyta, nie tylko łodzianie zdobyli na swoim terenie 23 punkty i strzelili aż 25 bramek (najwięcej w III lidze), ale i z reguły serwowali swoim kibicom bardzo przyzwoite, jak na realia trzecioligowe, widowiska sportowe. ŁKS grał często, choć zazwyczaj tylko w pierwszej połowie meczu, z głową, ale i piłkarską wyobraźnią. Innymi słowy – szybko, kombinacyjnie, efektownie i efektywnie. Zamęczał rywali seriami krótkich dokładnych podań, zmianą tempa akcji, wysoką kulturą gry. I nawet jeśli po przerwie podopieczni trenera Marcina Pyrdoła zwykle tracili wiele ze swej jakości piłkarskiej, zmęczony przeciwnik z reguły nie miał już wtedy sił przeciwstawić się liderowi, a tym samym odwrócić niekorzystnego dla siebie przebiegu widowiska (wyjątkami są tutaj mecze z Widzewem i rezerwami Legii).
A zatem i efektywnie, i co musi mieć znacznie, wszakże piłka nożna to spektakl sportowy, także efektownie zaprezentowali się jesienią ełkaesiacy przed własną publicznością.
Teraz trzeba „jedynie” powtórzyć ten wyczyn wiosną.

Obrona – kluczem stabilizacja
Nie ma drużyny na świecie, która nie popełnia błędów w grze obronnej a zatem i piłkarze ŁKS-u, poczynając od Michała Kołby a kończąc na lewym defensorze mają w tym temacie coś na sumieniu, niemniej tylko sześć straconych w siedemnastu spotkaniach goli to wynik rewelacyjny i mówi wiele na temat jakości gry łodzian w destrukcji, nie tylko zresztą obrońców i golkipera.
Zdaje się, że kluczem do sukcesu i w tym przypadku była stabilizacja. Ograni w zeszłym sezonie skrajni obrońcy jesienią wskoczyli na wyższy poziom (o nich będzie jeszcze okazja opowiedzieć), ogromny postęp zrobił ponadto Aleksander Ślęzak, który przestał łapać idiotyczne kartki, zaczął lepiej się ustawiać; reagował szybciej i z dużym wyczuciem. Progres był aż nadto widoczny (a i opaska kapitańska zrobiła w tym przypadku swoje) i w zasadzie jedyne co poważniej obciąża konto związanego od lat z ŁKS-em stopera (uściślijmy: nie tylko jego) to dwie kuriozalne bramki zdobyte przez zawodników Widzewa w ostatnich derbach.

Ślęzak miał silne wsparcie w osobie Kamila Juraszka, który nie odstawał poziomem gry od filara środka defensywy, a nie należy zapominać i o Mariuszu Cichowlasie, który nie dość, że gwarantuje stabilizację w defensywie to jeszcze często trafia do bramki rywali.
Ustabilizował formę również Michał Kołba, w tej rundzie jeszcze lepszy na przedpolu, niezły na linii, a do tego mądrze wprowadzający piłkę do gry. Jedyne, co można zarzucić golkiperowi ŁKS-u to skłonność do nieodpowiedzialnych dryblingów. Na razie bez konsekwencji.

Pomoc – z błyskiem
Z nieskrywaną przyjemnością oglądało się jesienią poczynania drugiej linii ełkaesiaków, zwłaszcza w meczach na własnym boisku. Chimeryczny wiosną i przeplatający wówczas niezłe mecze bardzo słabymi Patryk Bryła jest bodaj największym odkryciem niedawno zakończonej rundy. Pomocnik ŁKS-u często nadawał wyrazu grze jedenastki z al. Unii 2, a że zawodnik ten ma inklinację do gry kombinacyjnej i nie boi się gry na tak zwany jeden kontakt, a w dodatku dysponuje świetnym podaniem, stał się, trochę niespodziewanie, jednym z filarów drugiej linii łódzkiej drużyny.

Na właściwe tory po kontuzji powrócił też Przemysław Kocot. Zawodnik, z jakby nie było – ekstraklasową przeszłością, potrzebował nieco czasu, aby po urazie pokazać pełnię swoich możliwości i z tego też powodu można spojrzeć przez palce na kilka straconych w środkowej strefie piłek czy niedokładnych podań. O tym bowiem, jak ważnym ogniwem zespołu jest ten piłkarz przekonaliśmy się w ostatnim meczu z Ursusem Warszawa, gdy pomocnik asystował przy wszystkich trzech trafieniach. Kocot to bowiem nie tylko postać pełniąca kluczową rolę w destrukcji, ale i piłkarz gwarantujący przemyślane rozegranie piłki.

Swoje świetne momenty mieli też Jakub Nowak, Łukasz Kopka, Damian Guzik i Damian Nowacki. Pierwsi trzej zdołali nawet wpisać się na listę strzelców, brali też udział w zakończonych golami akcjach kolegów (Nowacki zaliczył też dwie asysty), a że poza zaangażowaniem młodzieżowcy ŁKS-u dysponują już pewnym potencjałem piłkarskim i im należy wybaczyć słabsze momenty czy mecze, przede wszystkim dlatego, że jest to cena jaką płaci się niemal zawsze za wprowadzenie do składu młodych piłkarzy.

Trudno ocenić postawę Mateusza Gamrota, który początek miał zdaniem wielu obserwatorów dość niemrawy i dopiero w końcówce rundy wywalczył sobie miejsce w wyjściowej jedenastce. I on przeplatał błyskotliwe zagrania prostymi stratami, wydaje się jednak, że sprowadzony z Hutnika Kraków pomocnik po solidnie przepracowanej zimie może stać się wiodącą postacią tej formacji, tym bardziej, że i on przejawia ochotę do szybkiej gry na małej przestrzeni.

Gamrot zastąpił w końcówce jesieni Artura Golańskiego, piłkarza jak na realia trzecioligowe nie tylko ogranego, ale i nieszablonowego, to zaś na każdym szczeblu rozgrywek wartość nie do przecenienia. Popularny „Golo” nie był tak skuteczny jak wiosną, nie zaliczył też tylu otwierających drogę do bramki podań, ale miał swój udział w zdobyczy punktowej.
Część kibiców narzekała na formę pomocnika ŁKS-u i w jakimś stopniu była to krytyka uzasadniona, bo Golański choć nie boi się pojedynków ‘jeden na jeden’, a w dodatku nadal świetnie egzekwuje stałe fragmenty gry, często reagował na murawie z opóźnieniem, jakby o tempo za późno, zaliczył też w środku pola kilka irytujących strat. W żadnym razie nie znaczy to bynajmniej, że po dobrze przepracowanej zimie Golański znów nie będzie decydować o obliczu gry drugiej linii ŁKS-u, ma zresztą ku temu wszelkie atuty piłkarskie.

Atak – nie tylko Radionow
W zeszłym sezonie ciężar zdobywania bramek spoczywał na barkach przede wszystkim Adama Patory. Miejsce snajpera zajął Jewhen Radionow i był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę trenera i działaczy ŁKS-u. Ukrainiec nie jest, zdaje się, tak dobrze wyszkolonym technicznie piłkarzem jak jego poprzednik, ale kapitalnie gra głową i tyłem do bramki, do tego jest szybki, nieustępliwy, świetnie czyta grę, a przede wszystkim – imponuje skutecznością pod bramką rywali. To prawda, że wyłącznie na swoim boisku (najlepszy strzelec rundy jesiennej każdą z jedenastu bramek zdobył w Łodzi), ale jeśli Radionow powtórzy strzelecki wyczyn z jesieni w rundzie rewanżowej, a dołoży do tego chociaż trzy trafienia na wyjazdach, o miejsce ŁKS-u w tabeli powinniśmy być spokojni.

Radionow odgrywał w przedniej formacji łódzkiej drużyny rolę pierwszoplanową, ale nie sposób nie wspomnieć i o Maksymie Kowalu, który w zakończonej niedawno rundzie spisał się rewelacyjnie w roli wchodzącego z ławki rezerwowych zmiennika. Kanadyjczyk z polskim paszportem to typ napastnika, który najlepiej czuje się w polu karnym rywala. Liczby mówią w jego przypadku same za siebie – cztery gole (zdobyte w 83., 89. i dwa razy w 90. minucie) zapewniły ŁKS-owi w sumie aż pięć dodatkowych punktów!

Na tle dwóch snajperów znacznie skromniej wygląda dorobek Michała Michałka (w zeszłym sezonie aż siedemnaście goli dla Sokoła Aleksandrów Łódzki), który zaliczył co prawda kapitalny debiut w barwach ŁKS-u na stadionie przy al. Unii 2 (piękny gol w meczu z Ruchem Wysokie Mazowieckiego), ale potem pojawiał się na boisku wchodząc z ławki i to znacznie rzadziej od Kowala. Napastnik to jednak jak na realia trzecioligowe bardzo solidny, w dodatku doskonale nadający się do gry kombinacyjnej, należy mieć więc nadzieję, że i on wiosną dołoży swoją cegiełkę do dorobku punktowego ŁKS-u.

Nowoczesność w wydaniu trzecioligowym
Kto powiedział, że w trzeciej lidze nie można czerpać wzorców od najlepszych i zachowując proporcje (wszakże skala trudności a i możliwości jest tu inna) – prezentować nowoczesnego futbolu. Cóż, że w wydaniu trzecioligowym, a przez to siłą rzeczy obarczonego pewnymi niedoskonałościami? Liczy się efekt, a ten jest znakomity.

W zeszłym sezonie ŁKS też niekiedy starał się grać w środku pola krótkimi podaniami, niemniej do sytuacji podbramkowych dochodził przede wszystkim za sprawą posyłanych z drugiej linii prostopadłych podań, zwykle autorstwa Artura Golańskiego.
Łodzianie nie zrezygnowali z tej broni, ale, zapewne za sprawą trenera Marcina Pyrdoła, postawili mocny akcent również na ofensywną grę skrajnych obrońców. Paweł Pyciak i Kamil Rozmus już w zeszłym sezonie rozegrali kilka świetnych meczów, ale tej jesieni wskoczyli na jeszcze wyższy poziom.

Pyciak był bohaterem zwłaszcza pierwszej części rundy, a bez jego dynamicznych wejść prawym skrzydłem, rajdów i przede wszystkim kapitalnych asyst, dorobek punktowy ełkaesiaków prezentowałby się mniej okazale. W końcówce rundy prawy obrońca ŁKS-u nie był może tak efektywny w ofensywie, ale nadal należał do wiodących postaci lidera trzeciej ligi, w dodatku w defensywie zachowywał się niekiedy jak profesor. Jedyną rzeczą do której można by się w jego przypadku doczepić jest ilość obejrzanych żółtych kartek (w sumie sześć).

Świetną jesień ma za sobą także Kamil Rozmus. Jeśli po zakończeniu minionego sezonu zastanawialiśmy się, czy to aby na pewno zawodnik, który spełnia nasze oczekiwania, to po rundzie jesiennej obecnych rozgrywek zawodnik przekonał do siebie większość malkontentów. Imponował nieustępliwością, walecznością, odpowiedzialnością, a do tego chętnie podłączał się do akcji ofensywnych. On również zaliczył kilka efektownych asyst i dzisiaj, tak bez Pyciaka jak i Rozmusa, trudno sobie wyobrazić skład ŁKS-u.

Na słowa uznania zasługują w tym kontekście także Radionow oraz zawodnicy drugiej linii, znacznie częściej od rywali zmieniający pozycję, bardziej od nich mobilni i przez to mniej przewidywalni. Jeśli dołożymy do tego świetnie przygotowane stałe fragmenty gry (zagrywane często na tak zwane drugie tempo) uzyskamy odpowiedź na pytanie, dlaczego ŁKS zdobył w tych rozgrywkach tak wyraźną, co nie znaczy że bezpieczną przewagę.

Trenerski nos
Wielu kibiców ŁKS-u zastanawiało się przed sezonem, czy trener Marcin Pyrdoł udźwignie ciężar wiążący się z prowadzeniem pierwszego zespołu i chociaż z oceną końcową pracy szkoleniowca powinniśmy zaczekać do zakończenia sezonu, za rundę jesienną trenerowi należą się słowa uznania.

Pyrdoł bardzo zgrabnie poukładał zespół, czerpiąc przy tym z doświadczeń Roberta Szwarca i Wojciecha Robaszka, a przy okazji wyciągając wnioski z wiosennych niepowodzeń. „Przepisowi” młodzieżowcy zostali ulokowani w środkowej linii, najczęściej na skrzydłach, nieco dalej od linii obronnej. Trener ŁKS-u znalazł ponadto pomysł na stałe fragmenty gry, zapewne także on zachęcił podopiecznych do śmielszego operowania piłką, a do tego doskonale poznał swoich piłkarzy – ich możliwości i ograniczenia.
Kapitalnym posunięciem okazało się wprowadzenie na zmęczonych rywali Maksyma Kowala, poza tym trener ŁKS-u rozsądnie korzystał z usług Dawida Sarafińskiego (ten ostatni zdobył dwie zwycięskie bramki w meczach z Concordią i Lechią, a w końcowych fazach kilku spotkań absorbował defensywę rywali).
I chociaż trener Pyrdoł często upierał się, że krytykowane przez kibiców i prasę drugie połowy spotkań, z jego perspektywy wcale nie wyglądały tak źle jak próbowano mu to wmówić (tutaj będziemy się z nim zapewne spierać), obronił się wynikami.

Najlepszy mecz
Zwycięstwo na własnym boisku z obecnym wiceliderem z Nowego Miasta Lubawskiego i to różnicą aż trzech goli było, zdaje się, najlepszym rozegranym jesienią spotkaniem w wykonaniu ełkaesiaków. Łodzianie z jednym z głównych kandydatów do awansu zagrali kapitalne zawody, przewyższając rywala w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Oglądając postawę naszego zespołu ręce same składały się do oklasków, a goście niemal przez dziewięćdziesiąt minut przyglądali się bezradnie jak nasi zawodnicy rozgrywają piłkę i  co rusz nękają przyjezdnych groźnymi akcjami ofensywnymi.
Znakomite zawody, choć tutaj przede wszystkim w pierwszych czterdziestu pięciu minutach, rozegrali ełkaesiacy również z rezerwami Legii, Ursusem Warszawa czy Sokołem Aleksandrów Łódzki.

.
Najsłabszy mecz
Oczywiście trafiały się naszym piłkarzom i słabsze spotkania. Do nich należy zaliczyć bezbramkowe remisy z rezerwami Jagielloni, ŁKS-em Łomża czy przede wszystkim drugą połowę derbowego spotkania z Widzewem.
Słabiej niż w pierwszych czterdziestu pięciu minutach zaprezentowali się nasi piłkarze po przerwie także w kilku wygranych meczach na własnym boisku, być może to jednak przede wszystkim efekt założeń taktycznych, ubytku sił lub rozprężenia. Niewykluczone, że któryś z wymienionych czynników powodował, że zespół szanujący piłkę zmieniał się w taki, który często swoje akcje rozgrywał z pominięciem drugiej linii, a osamotniony w ataku Radionow dokonywał cudów próbując przyjąć, a potem przytrzymać piłkę mimo asysty dwóch graczy rywali.
Oczywiście chciałoby się, aby ŁKS zawsze grał tak jak w pierwszych połowach meczów z Legią, Widzewem czy Ursusem, w futbolu zwykle bywa jednak tak, że poprawa jednego elementy gry skutkuje utratą innego atrybutu. Jeśli więc łodzianie nadal będą regularnie punktować, słabszą postawę po przerwie z pewnością każdy im wybaczy.

Najdziwniejszy mecz
Derby z Widzewem trudno jednoznacznie ocenić, bo ŁKS przed przerwą i ŁKS po przerwie to w tym pojedynku dwa zupełnie inne zespoły. Doprawdy nie sposób zrozumieć, dlaczego niepodzielnie panująca na boisku w pierwszej odsłonie drużyna po zmianie stron kompletnie straciła głowę. Czy ełkaesiacy zlekceważyli przeciwnika, czy też może zaskoczyły ich dwa szybko stracone gole, pozostanie tajemnicą podopiecznych trenera Pyrdoła.
Widzew był w pierwszych czterdziestu pięciu minutach bezradny, a jedynym na co było stać naszego lokalnego rywala to gra faul. Po przerwie oglądaliśmy nieco lepiej radzący sobie na murawie Widzew i kompletnie zagubiony (tak w ofensywie jak i w defensywie) ŁKS. Dzięki bramce w ostatniej minucie niezawodnego Maksyma Kowala mecz zakończył się podziałem punktów.

Najtrudniejszy mecz
Zdaje się, że za taki należałoby uznać pojedynek w Tomaszowie Mazowieckim. Nie da się ukryć, że Lechia to jak na realia trzecioligowe wymagający rywal, ponadto łodzianie zawsze mieli z ograniem tego przeciwnika duże problemy. Tym zaś razem przystąpili do spotkania poważnie osłabieni (trener Pyrdoł nie mógł skorzystać z usług Pyciaka, Kocota i Radionowa) i chociaż nie było to spotkanie stojące na wysokim poziomie lider z Łodzi dzięki bramce Dawida Sarafińskiego w 90. minucie zdołał sięgnąć po komplet punktów.

Najwyższe zwycięstwo
W drugiej kolejce ŁKS pokonał na własnym stadionie Ruch Wysokie Mazowieckie aż 7:0 i było to najwyższe w tej rundzie zwycięstwo podopiecznych trenera Marcina Pyrdoła. Na listę strzelców wpisało się w sumie aż sześciu zawodników (Michałek, dwukrotnie Radionow, Golański, Nowak, Kowal i Cichowlas), a zdaje się, że gdyby łodzianie musieli ten mecz wygrać jeszcze wyżej, tamtej niedzieli cel zdołaliby osiągnąć.

Najpiękniejsze bramka
I w tym przypadku, ilu kibiców tyle zapewnie padnie propozycji. Pozwolimy sobie wyróżnić trafienie Michała Michałka z meczu z Ruchem Wysokie Mazowieckie (efektowne uderzenie zza szesnastki z półwoleja), piękny strzał głową Maksyma Kowala w końcówce meczu z Huraganem Morąg, a także wszystkie trafienia z ostatniego meczu z Ursusem Warszawa, czyli dwie efektowne główki Jewhena Radionowa oraz bombę zza pola karnego autorstwa Mariusza Cichowlasa.

Cel
Oczywiście to działacze i trener zadecydują o personaliach oraz sposobie przygotowania drużyny do rundy rewanżowej, niemniej nie ulega wątpliwości, że priorytetem powinno być w tym przypadku utrzymanie zespołu w takiej postaci, w jakiej przyszło go nam oglądać jesienią (wzmocnienia zawsze mile widziane).
Jeśli piłkarze utrzymają koncentrację z pierwszej części sezonu, zagrają na wiosnę z zaangażowaniem i zaprezentują podobną jakość piłkarską, wreszcie z pokorą i szacunkiem do rywala, a jednocześnie ze świadomością swej wartości podejdą do każdego kolejnego meczu, po zakończenie sezonu będziemy się cieszyć.
Należy przy tym zdawać sobie sprawę zarówno z tego, że wiosną nikt nie padnie przed ŁKS-em na kolana, że końcowy sukces wymagać będzie jeszcze wiele pracy i nerwów i w końcu, że ewentualny awans nie powinien być traktowany w kategoriach realizacji celu ostatecznego, a jedynie środka do realizacji kolejnych.

Strzelcy bramek dla ŁKS-u w rundzie jesiennej
11 goli – Jewhen Radionow.
4 gole – Maksym Kowal.
3 gole – Mariusz Cichowlas.
2 gole – Artur Golański, Jakub Nowak, Dawid Sarafiński.
1 gol – Patryk Bryła, Damian Guzik, Kamil Juraszek, Łukasz Kopka, Michał Michałek, Aleksander Ślęzak.

Asysty przy bramkach dla ŁKS-u w rundzie jesiennej
4 – Patryk Bryła, Kamil Rozmus, Paweł Pyciak.
3 – Przemysław Kocot.
2 – Aleksander Ślęzak, Damian Nowacki, Jewhen Radionow.
1 – Jakub Nowak, Mariusz Cichowlas, Artur Golański.

Kiedy ŁKS zdobywał bramki:
1-15 minuta: 6 goli
16-30 minuta: 5 goli
31-45 minuta: 5 goli
46-60 minuta: 4 gole
61-75 minuta: 3 gole
76-90 minuta: 7 goli

Kiedy ŁKS tracił bramki:
1-15 minuta: 1 gol
16-30 minuta: 0
31-45 minuta: 0
46-60 minuta: 2 gole
61-75 minuta: 3 gole
76-90 minuta: 0
Ilu kibiców, tyle opinii na temat postawy zespołu czy konkretnych piłkarzy. Zachęcam do dyskusji na forum oraz w komentarzach pod artykułem na Facebooku.

Remek Piotrowski

©ŁKSFANS.PL