Komentarz: Nie ma powodu by to czytać

29

Pan redaktor Szymon Bujalski, łódzki dziennikarz pracujący w łódzkim oddziale gazety, ba, zajmujący się łódzkim sportem (!) uważa, że „nie ma powodu, by budować trybuny na ŁKS”.
Jego argumenty dla czytelnika spoza Łodzi, niezorientowanego w temacie, z pewnością mogą wydać się logiczne, bo i skąd ma taki czytelnik wiedzieć, że pan redaktor wybrał sobie to, co było mu wygodne, a resztę pominął. I zapewne on sam jest ukontentowany.

Tylekroć próbowaliśmy w przeszłości wyjaśniać rozmaite prasowe doniesienia i polemizować z tak zwaną publicystyką, które zwykle godziły w dobre imię klubu, a i niejednokrotnie podważały sens jego rozwoju (prawda, że nigdy otwarcie), że staje się to już nudne. Kilku Panów redaktorów od dłuższego czasu sprawia wrażenie zafiksowanych na punkcie Łódzkiego Klubu Sportowego; mówiąc kolokwialnie – panowie „dokładają do pieca” przy każdej nadarzającej się okazji. Konstruktywna krytyka i merytoryczna dyskusja zawsze są w cenie, ale czytając w prasie ten i wiele innych artykułów odnoszę nieodparte wrażenie, że jestem nieszanowany, a  co gorsza – obraża się moją inteligencję.

Czym w istocie jest ten niby-komentarz opublikowany na łamach „Gazety Wyborczej”? Ano, z punktu widzenia łódzkich kibiców – świństwem, świństwem par excellence, podszytym wyrachowaniem i cynizmem. Ani to moim zdaniem obiektywne, ani co gorsza merytorycznie uczciwe. Powtórzę po raz kolejny, że przyjmuję do wiadomości, iż jakiś dziennikarz może być sympatykiem jakiegoś klubu. Niemniej są granice. Przyzwoitości chociażby (rozumianej tutaj jako poszanowanie dla argumentów obu stron), że o elementarnej empatii nie wspomnę.

Pan redaktor gwiżdże sobie (takie przynajmniej odniosłem wrażenie) i na historię klubu, i na jego tradycje. Ignoruje prośby i życzenia tysięcy mieszkańców miasta (prawda, że nie wszystkich mieszkających w Łodzi), którzy, tak jak i do niedawna nasz lokalny rywal, marzą o normalnym obiekcie, który będą odwiedzać co tydzień lub dwa, będą się nim cieszyć, będą spędzać na nim wolny czas z rodziną i znajomymi. Korzystać z niego będą zresztą także ich dzieci. Ale co tam, fraszka.

Dziwi się Pan redaktor, że mecze w trzeciej lidze piłkarskiej na jednej (!) trybunie oglądało trzy-cztery tysiące (bo zdaje sie powinno ich być jego zdaniem na tej jednej trybunie co najmniej pięć razy tyle), wypomina list intencyjny (w myśl zasady: po co zrobić coś lepszego, skoro umawialiśmy się inaczej – swoją drogą list taki jest jedynie „formą wyrażenie woli stron”). A już swoistym szczytem grania na emocjach są owi biedni podatnicy, którzy za rzeczony stadion będą musieli zapłacić z własnych kieszeni.

O tym, że wśród tych podatników są tysiące mieszkańców czekających nowego obiektu przy al. Unii 2 jak zbawienia, pan redaktor milczy. O tym ile dawał i daje nadal w zamian mieszkańcom Łódzki Klub Sportowy, czy chociażby co stracił kilkanaście lat temu (a w zasadzie co utraciła łódzka młodzież uprawiająca sport) przypominać też nie zamierza. Istotna jest tylko jedna strona medalu  – zgrabna i wybiórcza argumentacja. A potem to już tylko wymienia Pan redaktor ile woonerfwów i używanych tramwajów można by za te pieniądze kupić, jak zadbać o zieleń i że „potroić wydatki na inwestycje rowerowe”. Kunszt formy, tylko treści za grosz. Dziennikarz sportowy. Z Łodzi.

Odnoszę wrażenie, że Pan redaktor nie spocznie i dopóty będzie kąsał najstarszy łódzki klub, dopóki ten ma się dobrze. A poza tym to zwyczajnie po ludzku jest mi przykro, bo nie rozumiem jak można aż tak zafiksować się na punkcie zamęczania czegoś, co Panu redaktorowi zapewne bliskie nie jest, ale co bliskie jest przecież tak wielu pokoleniom łodzian i to od prawie 110 lat. Bo do tego niestety de facto sprowadza się w moim odczucia publicystyka uprawiana przez Pana redaktora. Szczęście w nieszczęściu – nie ma znaczenia.

Remek Piotrowski

©ŁKSFANS.PL