Komentarz po meczu…

71

A w zasadzie po meczach kilku. Słabych, rozczarowujących, takich co łamią serce kibica i po których źle się sypia.

Kilka tysięcy ludzi klnie pod nosem i kląć tak będzie do niedzieli. Zachodzą w głowę panowie i panie, co takiego stało się, że jesienią „żarło”, a wiosną „zdechło”. Dlaczego grupa facetów kopiących piłkę na wysokim, jak na trzecioligowe standardy poziomie, zamieniła się nagle w zlepek zagubionych i chyba nie do końca przekonanych o swej wartości ludzi.

Panie i Panowie zachodzą w głowę, jedni siląc się na merytoryczną analizę boiskowych poczynań piłkarzy, inni doszukując się problemu w szatni, w złym przygotowaniu fizycznym, pladze kontuzji, trenerze, zarządzie, w końcu innych kibicach lub teoriach spiskowych.

Można się niekiedy z tego śmiać, a piłkarze mogą się obrażać na mniej wybredne formy krytyki (prawda, że nie zawsze konstruktywnej), ale niech zapamiętają – dopóki wciąż mówią, dopóki piszą, krzyczą, wymyślając raz po raz przyczyny tej czy innej porażki to znaczy, że im zależy. A jeśli zależy, zgrana grupa facetów, która teraz sprawia wrażenie zlepka zagubionych ludzi niech wie – nie pozostała z problemem sama.

I mniej ważne są tu słowa, bo bez względu na to, czy kibic Nowak starał się po nieudanym meczu w Aleksandrowie Łódzkim poklepać piłkarza X po plecach, czy też kibic Nowak po tym samym meczu wylał na piłkarza X wiadro pomyj, w dziewięćdziesięciu ośmiu przypadkach na sto będzie o tym meczu rozmyślał przez najbliższych kilkadziesiąt godzin. Będzie zatruwał sobie (i zazwyczaj swym bliskim) każdą wolną chwilę aż do meczu ze Świtem i nie dlatego, że tę wyrafinowaną formę masochizmu tak sobie upodobał, ale bo ŁKS to ważna część jego życia. Tylko tyle i aż tyle.

Sport uczy pokory jak mało która dziedzina życia. Piłkarze ŁKS-u przekonali się o tym na własnej skórze. Są jednak w na tyle komfortowej sytuacji, że nadal mogą wszystko. Nie martwię się dwoma punktami straty do rywala z Nowego Miasta Lubawskiego, ani passą Widzewa. I jedni i drudzy jeszcze tej wiosny będą się mylić. Jedynie, co mnie martwi to to, że piłkarze ŁKS-u przestaną się złościć, szarpać, że pogodzą się ze swą wiosenną bylejakością.

Na przekór zdrowemu rozsądkowi (a ten rzadko idzie w parze z kibicowaniem w futbolu), wierzę, że piłkarze, wbrew mocnym słowom, które znów padły w Aleksandrowie Łódzkim, wiedzą, iż nie są w całej tej sytuacji osamotnieni. Że cel wciąż jest taki sam, a kontuzja jednego czy kryzys formy drugiego nie mogą tego zmienić, bo w przypadku tak poważnej firmy jak ŁKS byłoby to tłumaczenie niepoważne. Zawodnicy wiedzą też, że nikt nie oczekuje od nich deklaracji. Może zamiast nich wystarczy powiedzieć sobie w szatni kilka męskich słów, a potem uśmiechnąć się do siebie, wyjść na boisko i zasuwać tyle, ile dała fabryka.

Syndrom odstawienia; ten znany każdemu ełkaesiakowi po nieudanym meczu kac piłkarski prześladować nas będzie jeszcze przez kilkadziesiąt godzin. A potem wszystko zacznie kręcić się od nowa.
Nie będę zatem nikogo namawiał na niedzielny mecz ze Świtem, powiem jedynie, że mimo fatalnej wiosny ta drużyna nie zasługuje, aby pozostawiać ją bez wsparcia, bo to woda na młyn naszych rywali i najgorsze z możliwych rozwiązań.
I piłkarzy, i kibiców nieśmiało zachęcam natomiast, aby wbrew wszystkiemu – dawać z siebie nadal więcej i więcej. Tylko w ten sposób na koniec będzie można śmiało spojrzeć w lustro.
A wynik? Wynik to w sporcie zawsze sprawa otwarta. Byle nie przegrać meczu już w szatni.

 

Remek Piotrowski

©ŁKSFANS.PL