Maksym Kowal: Lepszy jeden punkt w derbach niż zero!

29

Po 63. piłkarskich Derbach Łodzi wywiadu udzielił nam strzelec bramki wyrównującej, napastnik Łódzkiego Klubu Sportowego – Maksym Kowal.

.

Maksym, strzelałeś już w tym sezonie ważne gole w końcówkach meczów, ale zazwyczaj głową. Chyba pierwszy raz trafiłeś do bramki nogą.

Maksym Kowal: Chyba tak… Chociaż nie, to druga bramka, którą strzeliłem noga.

Jak zapamiętałeś tę sytuację? Miałeś świadomość, że musisz trafić, żeby uratować was przed porażką?

M.K.: W takich momentach to się po prostu za wszelką cenę szuka miejsca do oddania strzału. Wiadomo, że w końcówce rywali „siedli” z tyłu, rzucając wszystkie siły do obrony. Kuba Nowak fajnie wszedł do środka, ja się znalazłem w odpowiednim miejscu. Co prawda czysto nie trafiłem w piłkę, ale szczęśliwie piłka wpadła do bramki.

Remis jest twoim zdaniem sprawiedliwy?

M.K.: Myślę, że tak. Ten mecz składał się z dwóch zupełnie różnych połówek. W pierwszej części my zdecydowanie prowadziliśmy w grę. Po przerwie oni wykorzystali nasze dwa błędy, strzelili dwa gole i cały mecz się z naszej perspektywy posypał.

Pomimo wielu ważnych trafień na koncie nie możesz się przebić do podstawowego składu ŁKS-u.

M.K.: Na ten temat to za dużo nie powiem. Gram dla dobra całej drużyny, bo to zespołowy sport, a nie tenis. Gramy przecież wszyscy.

Czy w takim razie zgodzisz się, że część odpowiedzialności za błędy, po których straciliście bramki, powinni także wziąć gracze z innych formacji, nie tylko obrońcy?

M.K.: Jasne, wszyscy musimy za to wziąć odpowiedzialność. Wygrywamy, remisujemy i przegrywamy jako zespół. Fajnie byłoby stracić w sezonie tylko jedną bramkę, wszyscy o tym na pewno marzą, ale tak się nie da. Różnie się nam układają te mecze. Zazwyczaj prowadzimy grę i wygrywamy, dzisiaj po prostu było trochę inaczej. Pokazaliśmy jednak, że jesteśmy silni do końca i umiemy walczyć do ostatniej minuty.

Po pierwszej połowie mieliście zespół Widzewa na widelcu. Zabrakło niewiele, aby zejść na przerwę przy komfortowym wyniku 2:0. Co stało się z wami po przerwie?

M.K.: Pierwsza połowa przebiegła po naszej myśli, ale w drugiej jakoś zabrakło nam gazu. Oni zagrali dwie proste, długie piłki. Nie daliśmy rady jej wybić głową, spadła pod nogi Mąki, potem Michalskiego i szybko wyszli na prowadzenie.

Czy cofając się po przerwie nieco do defensywy wypełnialiście polecenia trenera?

M.K.: Na pewno chcieliśmy grać to samo co przed przerwą. Trzymać wynik, nie poddawać się presji i strzelić kolejnego gola. Niestety boisko zweryfikowało plany.

Dziękuję za rozmowę i gratuluję trafienia na wagę jednego punktu.

M.K.: Również dziękuję. Lepszy jeden punkt w derbach niż zero!

©ŁKSFANS.PL