Narodziny „Rycerzy Wiosny” – Górnik 1:5 ŁKS (1957 r.)

ŁKS dokonał w niedzielę w Zabrzu naprawdę huzarskiej sztuki. Trzeba bowiem przyznać, że utrata przez Łodzian pierwszej bramki (w 30 minucie gry) poszła w parze z utratą środkowego obrońcy Wlazłego, który już do końca spotkania nie grał. I właśnie w dziesiątkę ŁKS strzelił pięć bramek odnosząc wysokie zwycięstwo, tak wysokie, że trudno je osiągnąć nieraz w pełnym składzie ze znacznie słabszym przeciwnikiem.

Łodzianie potrafią grać z Górnikiem: drużyna z Zabrza leży im wyjątkowo i w zeszłym roku ŁKS bardzo łatwo zainkasował te punkty. Ale na Śląsku sądzono, że po zmianach personalnych w napadzie Górnika historia już się nie powtórzy, przynajmniej na własnym boisku w Zabrzu. A tym czasem powtórzyła się i to w znacznie gorszych rozmiarach.

Pierwsze minuty meczu nakazywały liczyć się z Łodzianami, którzy wyszli absolutnie ofensywnie nastawieni. Napastnicy ŁKS-u nie zwlekali ze strzałami i oddawali je z każdej odległości. Już w 2 minucie kąśliwy strzał Kowalca trafił w słupek. Upłynęło dobrych kilka minut zanim Górnik wyrównał grę. Jednak od razu można było zauważyć, że napad gospodarzy nie wykazuje takiego zdecydowania co analogiczna linia gości. Rzuca się w oczy mało pomysłowa gra Górnika, który z upodobaniem atakuje lewą stroną, ani myśląc o przerzucie piłki na prawą flankę. W 30 minucie Pohl otrzymał jedną z niewielu piłek i scentrował. Szczurzyński elegancko wyskoczył do górnej piłki, jednak ta wyślizgnęła mu się z rąk. Stoczyli o nią ostrą walkę Lentner i Wlazły. Piłka wpadła do siatki, obaj zawodnicy pozostali na ziemi. Wlazły doznał dość poważnej kontuzji. Stracił przytomność. Został zniesiony z boiska.

Wszyscy za jednego

W sporcie często bywają psychologiczne, zaskakujące momenty. Dziesięciu, a właściwie dziewięciu łódzkich piłkarzy rozdzieliło między sobą z naddatkiem pracę jaką wykonywał Wlazły. Pozycję środkowego obrońcy zajął Szczepański, a do pomocy wrócił Grzywocz. Po kilku minutach naporu gospodarzy zdekompletowany ŁKS wyrównał grę i energicznie zaczął atakować.

Jeden za wszystkich

Przełomowym punktem spotkania była 43 minuta gry. Najpierw Baran dobił główką centrę Kowalca, a w chwilę później strzelił piękną bramkę, przejmując podanie Soporka. Zdekompletowany ŁKS udał się do szatni prowadząc 2:1. Pozostała jeszcze druga połowa meczu. Ambitny Wlazły zgłosił gotowość uczestnictwa w tym ciężkim meczu, jednak lekarz i trener sprzeciwili się temu. Mecz w Zabrzu był pięknym benefisem strzeleckim Stanisława Barana, jedynego ligowca, który grał jeszcze przedwojennych mistrzostwach. Baran był wczoraj żywym przykładem dla młodych piłkarzy, jak należy grać i jak należy strzelać. 52 minuta gry: za faul Hajduka sędzia dyktuje rzut wolny z odległości około 18 metrów. Baran ustawia pieczołowicie piłkę i mimo starannego muru Zabrzan, pięknym strzałem lokuje ją w siatce. Czekamy na zryw Zabrzan. Przecież kiedyś musi odbić się przewaga jednego gracza w polu. Gdzie tam! Można odnieść wrażenie, że na boisku graczy ŁKS jest więcej. Tak wyraźna jest ich przewaga. Górnik zgubił się całkowicie, a ŁKS gra jak w transie i ani myśli zadowolić się dotychczasowym wynikiem. Wszyscy Łodzianie grają bez pudła, szanują piłkę, podają bardzo dokładnie. W 75 minucie po ładnej akcji Soporek wpuszcza Barana i ten znów strzela nie do obrony w sam róg. Minutę później do dopełnienia rozmiarów triumfu Soporek podwyższa na 5:1.

Kapelusze z głów

ŁKS zdobywa burzliwe brawa. Oklaskują go wszyscy swoi (około 5000 kibiców z Łodzi !!! ) i obcy. Bo też „kapelusze z głów” przed 11, a raczej 10 z Łodzi, której wyszedł w niedzielę jeden z najlepszych meczów w historii tego klubu. Górnika prawie nie ma na boisku. Do końca spotkania utrzymuje się już lekka przewaga ŁKS, który był bliższy zdobycia szóstej bramki niż Górnik drugiej. Byłoby niesprawiedliwością bawić się w nadawanie imiennych laurek graczom ŁKS. To był triumf całego kolektywu, w którym jeden grał za wszystkich, a wszyscy za jednego. Dobrzy technicznie Łodzianie wykazali się znakomitą taktyką i bojowością, potwierdzili także, że w piłkę nożną gra się nie tylko nogami, ale i głową, myślą i inteligencją. Na ich tle Górnik Zabrze wołał o litość do nieba. W drugiej połowie meczu Zabrzanie przypominali przysłowiowe stado owiec, w które strzelił piorun.

Górnik Zabrze – ŁKS Łódź 1:5 (1:2)

1:0 Lentner’30

1:1 Baran’43

1:2 Baran’44

1:3 Baran’52

1:4 Baran’75

1:5 Soporek’76

Sędziował: Mynik z Krakowa

Widzów: ok. 25 tyś.

Źródło: Przegląd Sportowy nr 50 (1338) z 08.04.1957r. , Ełkaesiak z 20.10.2007

Opracował: Kisiel

©ŁKSFANS.PL