Z pamiętnika wyjazdowicza (cz. I)

Wyjazd

Jeden z moich pierwszych wyjazdów z Łódzkim Klubem Sportowym, Wisła Płock, I liga, nie pamiętam, który to właściwie sezon. Wyjazd autokarowy, potężna masówka – ponad 1600 osób, a mimo to grono wyjątkowo kumate. Sama podróż bez emocji, póki nie podjechaliśmy pod sam stadion „Nafciarzy”. Przejeżdżamy obok napinających się gospodarzy, którzy pozdrawiali nas środkowymi palcami i mocno wyprężoną sylwetką. Nagle pada hasło „wszyscy wysiadać!”. Pierwszy raz w życiu widziałem taką ekipę – biegli nie tylko ci, którzy matę i ring mają za drugi dom, ale też ci, którzy w życiu nie wyprowadzili porządnego ciosu, choćby ze względu na wiek.

Oczywiście Wisła pochowała się momentalnie gdzieś po stacjach benzynowych, a nas poukładano w autokarach (choć – jeśli dobrze pamiętam – część i tak poszła już na stadion z buta). Potem pamiętam jeszcze ganianki za sektorem gospodarzy, którzy w pewnym momencie musieli się salwować ucieczką z własnego młyna. Tutaj również, pierwsze co zwracało uwagę to liczebność naszych „harcowników” – momentami miałem wrażenie, że na sektorze jest nas mniej, niż poza nim.

I tak jednak wszystkie przygody przebił montaż zdjęć, który ukazał się po wyjeździe. Okazało się, że nasze 1600 osób jest objętościowo jakieś 30% większe, niż widzewskie… 2300. Oczywiście sąsiedzi tłumaczyli się, że większość z nich była wówczas w toalecie/cateringu/na stacji po fajki/za sektorem/za flagami. Zdjęcie porównujące obie ekipy poszło jednak w świat.

***

Wyjazd do Wrocławia na powitanie Ekstraklasy, nas nawet sporo, mimo dość niekorzystnego środka transportu – mamy poruszać się pociągiem rejsowym. Wszyscy ucieszeni wsiadają i od razu rozlokowują się po przedziałach, SK ogarnia sprawy organizacyjne, słowem – nikt nie przeczuwa nadchodzących wydarzeń. Aż do Łasku. Nagle stajemy na malowniczym dworcu pośrodku niczego. 5 minut, 10 minut, 15… Czekamy, duża część osób solidnie zdezorientowana. W końcu szeptana wiadomość dochodzi już do wszystkich – trafiliśmy na kanara służbistę, trwają pertraktacje. Pada komenda, żeby wysiadać, co oczywiście wszyscy gremialnie olewają. Mamy już świadomość, że dworzec jest solidnie obstawiony siłami prewencji, a kanar zdaje się być kompletnie nieugięty. We wszystko dodatkowo mieszają się KOMPLETNIE zesrani pracownicy tamtejszego dworca. Ludzie z pierwszych przedziałów się niecierpliwią – w końcu też chcą dojechać do swoich celów podróży, a przez jednego typa nie potrafiącego przeliczyć kilkuset ludzi na złotówki stoimy w środku Łasku.

W końcu sytuacja robi się nerwowa, jesteśmy zmuszeni opuścić pojazd, co oczywiście robimy w tempie pozwalającym na dalsze targi. Po kilkudziesięciu minutach pociąg startuje, przejeżdża trzy metry – hamulec. Druga próba – to samo. Wkurwiona policja wsiada do wagonów i wreszcie, za trzecim razem, szalonemu kanarowi i jego ekipie udaje się odjechać. My zaś zostajemy w ciemnej dupie, bez perspektyw na dalszą podróż. Część osób kołuje już auta, niektórzy wariaci chcą ruszać prosto z Łasku, inni wrócić do Łodzi i stamtąd atakować wyjazd. Póki co jednak postanawiamy nieco pobawić się z policją, która oczywiście w swoim stylu rozpoczyna powszechne spisywanie. Niestety ani próby zwiedzania zapadłej wsi, ani pytania o McDonalds i inne lokalne atrakcje nie wzbudzają entuzjazmu po stronie funkcjonariuszy. W końcu decydujemy się na powrót – pierwszy pociąg jadący do Łodzi postanawia jednak… przejechać sobie dalej. Kolejne pół godziny w plecy, co boli szczególnie ludzi wciąż myślących o wyjeździe z Łodzi autami. Ostatecznie ładujemy się do składu i wracamy do miasta. Część osób wypruła już wcześniej, w sobie tylko znane sposoby do Wrocławia i ostatecznie jakaś część grupy wyjazdowej dociera na stadion Śląska. Zdecydowana większość jednak kończy „eskapadę” na dworcu Łódź Kaliska i rozchodzi się do domów. Dominujący temat rozmów w autobusach i tramwajach jadących na Teofilów, Limankę, czy Polesie? Czy ten kilkudziesięciokilometrowy wyjazd można wliczyć sobie do statystyk wyjazdowych. ;-)

Kbls

©ŁKSFANS.PL